Dziś, w mainstreamowej telewizji, wyemitowano program o bezrobotnych i zbieraniu truskawek. W programie twierdzono, że 50% zarejestrowanych bezrobotnych nie chce podjąć pracy. Brak skłonności do podejmowania pracy zinterpretowano tak: ci ludzie rejestrują się po to, aby mieć ubezpieczenie zdrowotne. Nie chcą pracować, bo mają w rodzinie kogoś, kto nieźle zarabia, zarabiają na czarno albo… mają „zbyt wysokie aspiracje co do płacy”.
Kiedy byłam młoda, zbierałam truskawki. Ból nóg i kręgosłupa pamiętam do dziś. Dziś zbierający truskawki zarabiają około 1,5 zł za łubiankę (2 kg). W trakcie dnia pracy, będąc wprawnym i pracując bez wytchnienia, można zebrać 50 do 100 łubianek.
Natomiast ton i treść przytoczonych komentarzy doprowadził mnie do wściekłości. Usłyszałam, że „ludzie nie chcą pracować”.
Skąd zdziwienie, że brakuje chętnych do zbioru truskawek?! Dlaczego mamy się dziwić, że ktoś, kto w rodzinie spina z trudem koniec z końcem, podjąłby sensowną pracę, ale rezygnuje ze starania się o pracę za minimalne wynagrodzenie – zamiast tego woli poświęcić się nieodpłatnej pracy na rzecz domu, dzieci i rodziny?! Że ktoś pracujący, nie „spina” domowego budżetu za pracę „na minimalce”, albo nie mając pracy wcale, przyjmuje ofertę pracy na czarno?! Czy to są ZBYT WYSOKIE ASPIRACJE?!
Buta, albo słoma z butów, ludzi wyrażających takie opinie, aż kole w oczy. Kto tu jest dla kogo? Polityka i biznes mają działać w interesie społecznym, czy całkiem na odwrót?
Wmawia się ludziom winę, że nie chcą pracować, za niegodne pieniądze. Że jeśli nie radzą sobie, to są gorsi. Jeśli nie chcą, to wiedzą co robią. Jeśli odmawiają podjęcia pracy, to „rynek pracy jest chory”, to chora jest neoliberalna ideologia, chory system, w którym człowieka uczyniono towarem na rynku - towarem na „rynku pracy”, rynku narastającego strukturalnie niedoboru. To system, który odbiera ludziom godność, odbiera szanse wyrwania się z biedy, odbiera szanse młodym na start w zawodowe, normalne życie.
A przecież wcale nie musi tak być. Nie było tak w zachodniej Europie 40 ani 20 lat temu. Nie było tak 25 lat temu, kiedy dziesięć milionów ludzi należało do NSZZ „Solidarność”. Oni głosowali za realizacją swoich marzeń i aspiracji wierząc, że w Polsce będzie kiedyś tak, jak było wtedy na Zachodzie. Wierzyli, że demokracja spowoduje, iż politycy będą działali w intencji i w interesie większości społeczeństwa, a nie demontowali prawa pracy i dbali o swoje interesy i kariery. Że będą wolne związki zawodowe i działające w interesie pracowników rady pracownicze i że każdy, kto jest przedsiębiorczy będzie miał szansę na własną działalność gospodarczą. Że ciężko pracując będzie można żyć dostatnio. Że w Polsce będą działały w pełni wypracowane w Europie zasady praw człowieka i Europejskiej Karty Społecznej, oraz że wolne media i wolna szkoła nie pozwolą nam robić wody z mózgu. A co się dzieje? Czy tak jest?
Kto dziś, po 25 latach po transformacji, jest za to odpowiedzialny? Odpowiedź na to pytanie zadali i zademonstrowali w wyborach zrewoltowani młodzi ludzie, którzy zagłosowali licznie, na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Zagłosowali na krzykliwą niby-antysystemową Nową Prawicę, która tak samo jak ta stara establishmentowa – tylko w jeszcze większym stopniu - zapowiada działania wbrew ich interesom. Zagłosowali, jak sadzę z wiarą w wartości, które są im bliskie: wolność, sprawiedliwość i racjonalność, a wybrali wolność dla nielicznych, sprawiedliwość dla bogatych i ekonomiczno-społeczny nonsens.
